strona główna
tygrys

Jedna z najbardziej znanych, a zarazem najgroźniejszych pancernych zabawek II wojny światowej.
Produkcję uruchomiono w połowie 1942 roku (po 9-u miesiącach od rozpoczęcia prac projektowych). Koncepcja była prosta: miało powstać wielkie monstrum z potężnym działem i potężnym opancerzeniem. Cel osiągnięto - efektem był czołdżek o skromnej masie nieco ponad 50 ton.
Na uzbrojenie wybrano armatę przeciwlotniczą Flak 18/36 , którą po niewielkich modyfikacjach przemianowano na KwK36 - modyfikacje polegały między innymi na dodaniu hamulca wylotowego (to jest to cudeńko na końcu lufy), który zmniejszał odrzut o aż 70% - dzięki temu oporo-powrotnik mógł być mniejszy i zajmować mniej miejsca w wieży (ale i tak sporo zajmował).
88-milimetrowe działo było niesamowite, - skutecznie rozwalało T-34 z odległości 2000m. Załadowanie 15 kilogramowego naboju zajmowało wprawionemu ładowniczemu około 7 sekund. W czołgu znajdowało się 92 szt. amunicji, jednak z tego tylko 20 pod ręką ładowniczego. Reszta upchnięta gdzie się dało (nawet pod fotelem kierowcy było 6). Na uzbrojenie wchodziły jeszcze 2 KM-y MG34, a do nich 34 taśmy - w sumie 5400 nabojów - było z czego pruć !
Ogromnym atutem było potężne opancerzenie. Z powojennych statystyk wynika że średnio do zniszczenia Tygrysa potrzeba było 4,2 trafień (do zniszczenia Pantery 2,55 trafienia a Shermana 1,63 trafienia).
Uzbrojenie było świetne, pancerz także. To co nie było świetne, to napęd. Niby był mocny silnik (ważący 1300 kg) Maybach HL230 P45, o mocy aż 700 KM, jednak skrzynia biegów i cały system przenoszenia mocy były fatalne. Konstruktorom bardzo zależało żeby ten ogrom stali był zdolny do rozwijania dużych szybkości, to się udało - na utwardzonej drodze i przy sprzyjających warunkach Tygrys mógł się rozpędzić teoretycznie nawet do 45 km/h (co w praktyce nie miewało zastosowania). W terenie silnik był notorycznie przeciążony i przegrzany (do tego stopnia że dochodziło do samozapłonów przedziału silnikowego).
Kierowca Tygrysa musiał być mistrzem kierownicy (i to dosłownie, bo kierowało się czymś co bardzo przypominało kierownicę samochodową). Skrzynia biegów była 12 stopniowa (8 biegów do przodu i 4 do tyłu), ruszało się z biegów 1-4 (zależnie od warunków terenowych). Były liczne komplikacje - np. nie można było wrzucić na luz z biegów wyższych niż 1-4, przy zmianie biegów trzeba było bardzo uważnie śledzić obroty silnika, bo błąd skutkował niemal gwarantowaną awarią skrzyni biegów. Układ kierowniczy działał w taki sposób, że przy pracującym silniku na biegu jałowym obrót kierownicy sprawiał że jedna z gąsienic ruszała z miejsca, - co czasem skutkowało przypadkowymi kraksami (gdy np obok stojących na silnikach czołgów przejeżdżała kolumna samochodów, a któryś z kierowców przypadkowo oparł się o kierownicę). Skrzynia biegów i układ kierowniczy były najbardziej skomplikowanymi i najbardziej awaryjnymi częściami Tygrysa.
Silnik w terenie palił... 800 litrów na setkę :D Biorąc pod uwagę pojemność baku (540 l) trzeba było tankować co 70 km. A Niemcy wozili benzynę w kanistrach...
Wyprodukowano w sumie 1355 szt. co było ilością niewielką, jednak Wehrmacht często przerzucał swoje czołgi z jednego odcinka frontu na drugi używając do tego celu kolei. W przypadku Tygrysa było to mocno uciążliwe, gdyż nie mieścił się na platformach kolejowych - konieczna była zmiana gąsienic na węższe - można sobie wyobrazić ile było z tym zachodu (a także z ciągłym wożeniem tej dodatkowej pary gąsienic).
Kilka Tygrysów Niemcy przekazali swoim sojusznikom - Węgrom i Włochom, jednego zakupili Japończycy, - miał być przetransportowany do Japonii w kawałkach na pokładzie U-Boota (!), jednak ostatecznie uznano że to zbyt niebezpieczne w warunkach wojennych i postanowiono że się poczeka z tym na koniec wojny. Japończycy wspaniałomyślnie uznali że na ten krótki czas to mogą swojego świeżo zakupionego Tygrysa pożyczyć Niemcom i tak oto pożegnali się ze skromną kwotą 625 000 Reichsmarek (nawiasem mówiąc mocno przepłacili, bo normalnie Tygrys kosztował "tylko" 300 000).

Tygrysa można obejżeć w GALERII